2 800 000 -- tyle ludzi prawdopodobnie umrze z głodu w 2005 r. w Sudanie, a konkretnie w jego zachodniej prowincji -- Darfurze. To ponad 3 razy więcej osób, niż liczy ludność Trójmiasta. W tej sprawie jedyną instytucją systemu Narodów Zjednoczonych, która podejmuje konkretne działania jest Światowy Program Żywnościowy (WFP). Rada Bezpieczeństwa zaś wciąż traktuje problem sudański po macoszemu.
WFP już dziś szacuje, że nie dociera do ok. 400 000 mieszkańców Darfuru, spośród półtora miliona uchodźców wypędzonych z własnych domów i ziemi przez bojówki tzw. "janjaweed" -- sprzymierzeńców krwawego rządu arabskiego w Chartumie w walce z czarnoskórą partyzantką Darfuru. W porównaniu z zeszłym sezonem, w tym roku tylko połowa ziemi w prowincji została obsiana. Ci, którzy pozostali w swych domach nie wychodzą na pola w obawie przed janjaweed. Gdyby tego było mało, arabscy nomadzi wypasający o tej porze roku swoje wielbłądy i bydło na południu kraju muszą wkrótce wrócić na północ. Jeżeli tego nie zrobią, ich stada w liczbie ok. 100 000 sztuk padną, co jedynie poszerzy rozmiary klęski głodu oraz zaostrzy konflikt. Na drodze nomadów stoją bowiem partyzanci z Darfuru. Dość powiedzieć tylko, że rząd prawdopodobnie uzbroił koczowników na tę okoliczność. Na skomplikowany polityczno-etniczny konflikt nakłada się tutaj także odwieczna wrogość między rolnikami, a wypasającymi na ich polach wielbłądy nomadami. W tej sytuacji, w przypadku braku zdecydowanej międzynarodowej reakcji, konflikt w państwie, w którym dziesiątki lat wojen między północą a południem kraju pochłonęły już co najmniej 2 miliony ofiar, może przybrać rozmiary katastrofy humanitarnej na skalę nie mniejszą niż w Rwandzie.
Nie ma się więc czemu dziwić, że społeczność międzynarodowa nie potrafi zrozumieć postawy Rady Bezpieczeństwa ONZ. W lipcu i sierpniu Rada co prawda zagroziła bliżej nieokreślonymi sankcjami rządowi w Chartumie, jeżeli nie zdoła rozbroić bojówek i położyć kresu ludobójstwu. Rząd sudański oczywiście nie kiwnął palcem, aby cokolwiek zmienić. Sankcji żadnych jednak nie było i rezolucje Rady okazały się być tylko nic nie znaczącymi świstkami papieru. Dwa tygodnie temu Rada Bezpieczeństwa wysunęła kolejne groźby "podjęcia właściwych działań przeciwko każdej stronie, która nie będzie dotrzymywała swoich zobowiązań". Trudno sobie wyobrazić, jak w obecnej sytuacji miałoby w Sudanie dojść do uspokojenia sytuacji bez pomocy z zewnątrz. Jeszcze trudniej jest uwierzyć, że członkowie Rady Bezpieczeństwa są tak naiwni, iż mając choćby oględny obraz sytuacji w Darfurze wierzą w to, że rezolucja zadziała z mocy samego swojego autorytetu.
Tej dramatycznej niemocy nie należy jednak moim zdaniem uzasadniać rzeczywistym brakiem troski o Prawa Człowieka. Przyczyna tkwi w samej niedoskonałości prawa międzynarodowego oraz w nieefektywnej i anachronicznej konstrukcji oraz mechanizmów działania Narodów Zjednoczonych. Sudan można bowiem zaliczyć do tzw. "państw upadających" (ang. failing states), faktycznie niezdolnych do utrzymania porządku i kontroli na swoim terytorium. Prawo międzynarodowe nie zna jednak takiej kategorii i mimo, że wiadomo iż kolejne rezolucje mają w tym wypadku nikły sens i znaczenie, nie bardzo wiadomo co i jak, zgodnie z prawem międzynarodowym, należałoby z takim państwem zrobić. Może znaleziono by już rozwiązanie gdyby nie kolejny problem w tej sferze, jakim jest kompletny paraliż działania ONZ.
"Stanęliśmy na rozdrożu... w momencie nie mniej decydującym niż sam rok 1945, kiedy powstała ONZ" -- zakomunikował w zeszłym roku Kofi Annan. Powszechnie uważa się, że w okresie zimnej wojny ONZ dobrze spełniała swoje podstawowe zadanie -- ochrony ludzkości przed wojną. O ile jednak udało się uniknąć trzeciej wojny światowej (czy jest to wyłącznym sukcesem ONZ, jest raczej wątpliwe), to w latach 1945-1989 tylko między państwami konflikty zbrojne wybuchały ok. 680 razy. Nikt nie jest w stanie policzyć ile setek więcej było ich wewnątrz państw, między różnymi grupami i o różnorakim charakterze. Mimo tego, że akcje zbrojne pod egidą ONZ były wielokrotnie bezpośrednio podejmowane (najbardziej spektakularne to te w Korei czy Iraku podczas pierwszej wojny w Zatoce), to obecnie, jak zauważył Gareth Evans, szef Międzynarodowej Grupy Kryzysowej, "nie ma żadnych powszechnie akceptowanych zasad użycia siły w stosunkach międzynarodowych". Generalną i świętą zasadą prawa międzynarodowego jest bowiem zakaz użycia siły w stosunkach międzynarodowych. Doznaje on wyjątków, m.in. takich jak samoobrona. Jednak jaki jest katalog tych wyjątków, ich charakter, okoliczności w których mają być stosowane, oraz kto, kiedy i w jakim trybie ma podejmować akcje zbrojne w interesie społeczności międzynarodowej -- pozostaje sporne. W tej sytuacji, gdy nadal z punktu widzenia prawa międzynarodowego nie jest jasne kiedy i czy w ogóle można stosować tzw. humanitarną interwencję, kraje takie jak Sudan są często pozostawiane swemu własnemu losowi. Ponadto, jak wiadomo, ktoś musi wziąć na siebie obowiązek i ciężar dokonania interwencji w imieniu ONZ lub społeczności międzynarodowej. Ponieważ sama ONZ nie dysponuje swoimi siłami zbrojnymi, ani środkami technicznymi, dokonać musi tego któryś z członków organizacji, przy czym najczęściej są to Stany Zjednoczone. Jakby mało było problemów, na tę łamigłówkę nakłada się problem supremacji USA na świecie i ich skomplikowanych relacji z Organizacją. Ameryka bowiem wykorzystuje system ONZ wtedy, gdy jest on zbieżny z jej priorytetami, w przeciwnym razie zaś stosuje taktykę "obchodzenia systemu ONZ", co nie znaczy oczywiście, że nie szuka akceptacji ONZ dla swych unilateralnych działań post factum. Budzi to oczywiście bunt ze strony pozostałych członków Rady Bezpieczeństwa, choć czasem oczywiście szybkie samodzielne działanie USA wychodzi światu na zdrowie lepiej, niż czekanie na reakcje ociężałej machiny ONZ. Kiedy zatem wszystkie elementy łamigłówki ze sobą współgrają, a interesy społeczności międzynarodowej, USA i pomniejszych mocarstw są zbieżne, konflikty udaje się zażegnać lub uspokoić. Te przypadki należą jednak do mniejszości. Więcej szczęścia w nieszczęściu okazują się mieć zatem te regiony, gdzie krzyżują się międzynarodowe interesy, czy wpływy post-kolonialne. Inne rejony, takie jak Sudan czy Rwanda, gdzie drzemią tylko religijne i etniczne niebezpieczeństwa, są pozostawiane same sobie jako niewarte ryzyka.
Kofi Annan powołał "grupę mędrców" ds. reformy ONZ. W środę 1 grudnia grupa przedstawiła pierwsze efekty swojej pracy, które brzmią obiecująco. Miejmy zatem nadzieje, że przyszłość będzie wyglądać lepiej. Tymczasem Darfur umiera, a ONZ czeka na reformę. Oby nie było to czekanie na Godota.