Gdy już blisko 60 lat temu 50 państw podpisywało Kartę Narodów Zjednoczonych trudno było przypuszczać, że kiedykolwiek tak fundamentalne idee i wartości Karty jak suwerenność państw i ochrona praw człowieka w pewnych sytuacjach o wydźwięku międzynarodowym wejdą ze sobą w bardzo ostry konflikt, głównie z przyczyn instytucjonalnych. Zapewne byłoby to bardziej zrozumiałe dla twórców Karty, gdyby mogli przewidzieć tak dramatyczną zmianę optyki stosunków międzynarodowych jakiej jesteśmy świadkami w ostatnich dwóch dekadach. W przeciwieństwie jednak do nas Ojcowie Narodów Zjednoczonych nie wahali by się długo przed dokonaniem zasadniczej reformy, wierni przede wszystkim wartościom, a nie instytucjom. Jednak u progu XXI wieku decyzja leży w naszych rękach.
Problem humanitarnej interwencji jest przykładem szalenie skomplikowanego politycznie, prawnie i etycznie zagadnienia, pokazującego jak dalekim zmianom w nowej epoce ulega cały porządek prawno-międzynarodowy. W związku z postępującym zjawiskiem globalizacji i rozwojem techniki medialnej tzw. CNN effect sprawia, że społeczność międzynarodowa jest wstrząsana bezpośrednimi relacjami z rejonów konfliktów etnicznych i katastrof humanitarnych. Tysiące masowych grobów, miliony uchodźców, dzieci-kaleki i młodociani żołnierze to już nie tylko suche notatki z prasy lat 60-tych ubiegłego stulecia, ale żywe obrazy transmitowane w czasie rzeczywistym. Społeczeństwom wychowanym w duchu uniwersalizmu praw człowieka nie mogą i nie są one oczywiście obojętne. Wobec braku możliwości innego sposobu położenia kresu tym zbrodniom jedynym względnie skutecznym rozwiązaniem ostatnich lat jest właśnie zbrojna interwencja humanitarna. Przykładami tylko w latach 90-tych są: Irak, Rwanda, Somalia, b. Jugosławia, Liberia, Haiti, Tanzania, Kosowo. Wydawałoby się zatem prima facie, że problem z punktu widzenia powszechnego poczucia sprawiedliwości jest jednoznaczny: należy interweniować i kłaść kres wszystkim konfliktom o charakterze katastrof humanitarnych.
Jednak już przykład Kosowa, budzący ogromne kontrowersje z punktu widzenia zarówno etyki, jak i prawa, wskazuje na złożoność problemu. Karta Narodów Zjednoczonych nie dopuszcza bowiem de iure interwencji humanitarnej wobec zakazu stosowania groźby lub użycia siły w stosunkach międzynarodowych oraz zasady nieinterwencji. Jedynymi wyjątkami są samoobrona oraz akcja autoryzowana przez Radę Bezpieczeństwa ONZ w trybie rozdziału VII w przypadku zagrożenia bezpieczeństwa i pokoju na świecie. Z Karty wynika bowiem suwerenność państw, rozumiana nadal przez większość członków ONZ w sposób bezwzględny i dogmatycznie zastany w prawie międzynarodowym. Wszak jednym z celów Karty NZ było praktycznie całkowite zamknięcie możliwości legalnej interwencji zbrojnej jednego państwa na terytorium innego. Ewolucja prawa międzynarodowego praktycznie całkowicie wyeliminowała prawo państw do wojny (ius ad bellum). Równocześnie jednak eskalacja zbrodni przeciwko ludzkości i masowych naruszeń praw człowieka postępowała nadal. Towarzyszył temu procesowi ogromny wzrost znaczenia i rozwój ochrony praw człowieka, widoczny zwłaszcza po upadku bloku wschodniego. Proces ten nieuchronnie doprowadził do konfliktu między potrzebą ochrony praw człowieka a suwerennością państw na gruncie Karty. Szczytowym punktem była nieakceptowana do dziś przez wielu interwencja NATO w Kosowie. Najlepiej wyraz tego starcia wartości oddaje raport Niezależnej Międzynarodowej Komisji w sprawie Kosowa, która uznała, że: „interwencja militarna NATO była nielegalna, ale legitymizowana”. Ta przepaść między legalnością a legitymizacją jest poważnym, nie tylko filozoficzno-prawnym ale jak widać praktycznym problemem dla prawników. Wynika z szerszej antynomii między bezpieczeństwem (a zatem legalnością, pewnością porządku prawnego, literalną interpretacją Karty NZ) a sprawiedliwością (reprezentowaną przez oczywistą niedopuszczalność biernego pozwolenia na zbrodnie humanitarne).
Jednym z najważniejszych elementów konstrukcji teoretycznej humanitarnej interwencji (omówienie wszystkich elementów przekracza ramy tego artykułu i w tym zakresie należy odesłać czytelnika do artykułu profesora J. Zajadło „Legalność i legitymizacja humanitarnej interwencji”, Państwo i Prawo, styczeń 2004) jest istnienie uprawnionego do jej dokonania autorytetu. Oczywiste wydaje się, że pozostawienie decyzji o humanitarnej interwencji swobodnej woli państw doprowadziłoby do kompletnego chaosu w stosunkach międzynarodowych. Mogłoby także oznaczać w praktyce blankietową zgodę na niczym nieograniczoną pax americana i przekształcenia „czystej” humanitarnej interwencji w instrument polityki jednego lub kilku mocarstw. Obecnie wątpliwości nie budzi jedynie sytuacja, w której interwencja humanitarna została zalegalizowana przez rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ (Rwanda, Somalia, Liberia). Jednak, jak pokazuje praktyka, często potrzeba takiej interwencji może być sparaliżowana niczym nie uzasadnionym z moralnego punktu widzenia, prawem weta stałego członka Rady.
Z drugiej strony rysuje się jednak kolejny problem: czemu o interwencji zbrojnej ma w praktyce decydować tylko pięć państw? Obecny skład stałych członków jako relikt II wojny światowej nie ma racji bytu. Można postawić śmiałą tezę, że nie miał racji bytu także podczas zimnej wojny, gdy Narody Zjednoczone były wielokrotnie jedynie kolejnym polem ideologiczno-politycznej bitwy między ZSRR a USA. Obecnie to swoisty „koncert” przedstawicieli cywilizacji euroatlantyckiej, (jeśli pod to pojęcie można podciągnąć w pewnym sensie Rosję) i Chin. Nazwanie tego ekskluzywnego grona „koncertem” jest oczywiście dalekie od stwierdzenia, że grają oni na zgodną nutę. Chodzi jednak o to, że kryteria przynależności do grona stałych członków Rady nie mają żadnego uzasadnienia poza historycznym. Wszystkie pięć mocarstw ma broń atomową, ale mają ją także Pakistan, Indie oraz nieoficjalnie Izrael. Nie są to też państwa najludniejsze, bo czemu do grona nie należą Indie, Brazylia lub któreś z państw afrykańskich? Nie są również jedynymi potęgami gospodarczymi, bo zabrakło tam Niemiec i Japonii. Dlatego wnosi się uzasadniony postulat, aby do grona zaliczyć przedstawicieli wszystkich, jak chciałby S. Huntington, cywilizacji.
Czy sama reforma Rady Bezpieczeństwa zmieni jednak diametralnie sytuację i pozwoli rozwiązać tak palące problemy jak kwestia dopuszczalności humanitarnej interwencji? Czy nie doprowadzi do jeszcze większego paraliżu? Te i inne pytania są zaledwie pierwszym krokiem w tej skomplikowanej problematyce. Nie ulega wątpliwości jedynie sama pilna potrzeba zmian. Wystarczy tylko na przykładzie humanitarnej interwencji wspomnieć, że do dziś w samej Organizacji panuje powszechny kac moralny z powodu opieszałości w podjęciu decyzji o zainterweniowaniu w konflikt rwandyjski. Jeśli zestawimy to z najnowszymi, dość desperackimi koncepcjami reformy ONZ i zmiany prawa międzynarodowego takimi jak teoria illegal legal reform (świadomego łamania prawa, po to by dokonać jego reformy w pożądanym kierunku) reprezentowana przez A. Buchanana, oczywiste staje się, że system NZ nie przystaje już do realiów współczesnych problemów międzynarodowych.
W artykule wykorzystano materiały z dyskusji z prof. Jerzym Zajadło zorganizowanej przez Koło Naukowe "Forum Badań ONZ" na Uniwersytecie Ggańskim oraz artykuł profesora „Legalność i legitymizacja humanitarnej interwencji”; Państwo i Prawo, Zeszyt 1, Styczeń 2004.
Tomasz Widłak Artykuł opublikowano w numerze kwietniowym (2004) "Stosunków Międzynarodowych"